Takie tam malowanko…

Jesteśmy w trakcie remontu, remontu, który miał minąć szybko, wręcz niezauważalnie,  miał zająć co najwyżej weekend i mieliśmy cieszyć się pięknem odnowionych pokoi. Ale póki co, remont trwa… żyjemy jak koczownicy z łóżkiem w salonie i stertą rzeczy walającą się gdzie popadnie, szukając czegoś gdzieś bez przerwy. Handzinka robi wszystko, żeby nam przeszkodzić, prosząc o wałek, albo biegając po mieszkaniu z różnymi dziwnymi narzędziami należącymi do R., dajemy jej trochę się wyżyć, niech ma swój udział w remoncie pokoju, choć często okupione jest to sprzątaniem i poprawianiem. Marzę, aby znów zapanował ład i porządek, ale jeszcze chwilę muszę być cierpliwa. Taki remont oprócz zmiany otoczenia, to także doskonały sprawdzian dla związku, bo przy jego okazji  wychodzą  pewne problemy komunikacyjne między mną a R., niestety. Remont mieszkania to nie tylko takie tam malowanko, to ustalenie strategii naszego życia na nowo, to przechodzenie przez fazy decyzyjne! Po 6 latach niepodejmowania jakże strategicznych decyzji typu, gdzie ma stać kanapa czy kibelek, znów zmierzmy się z problemem wyborów, kompletnie zapomniałam, jak to było, gdy wybieraliśmy wszystko do mieszkania i zastanawiam się, jak w ogóle udało nam się dojść do porozumienia, gdy musieliśmy wybrać wszystko na nowo, od kafelek po krany. Jakże byłam momentami zawiedzina gustem mego wybranka, ile to musieliśmy się naustalać i kompromisów zawrzeć, by móc to mieszkanie jakoś urządzić. Oczywiście nie raz wtedy zadawałam sobie pytanie, czy podjęłam dobrą decyzję wychodząc za R., skoro mamy takie problemy przy okazji urządzania wspólnego mieszkania. Co to będzie, jak pojawią się te prawdziwe? Jak im wtedy sprostamy? Otóż, w związku większego problemu niż remont nie ma! Jeżeli to razem przejdziecie, jest duże prawdopodobieństwo, że w gwiazdach pisani sobie byliście. I piszę to z własnej autopsji, gdy musieliśmy zmierzyć się z chorobami Hanki, chwilowym brakiem pracy, nic nigdy nas tak nie różniło, jak remont mieszkania właśnie. Najpierw spina o kolory, o to, jak długo można wybierać odcień szarości, dywagacje i tłumaczenie, czym jest kolor gołębi, po czym ogólne zdenerwowanie i prawie podjęta decyzja pt. „bierzmy pierwszą, lepszą”, na szczęście udało mi się nie doprowadzić do katastrofy związanej wyborem nieodpowiedniego koloru. Szczęśliwa, że wybór dokonany, było nie było, wspólnie, chciałam ruszyć do kas i wtedy natrafiliśmy na ścianę z wałkami… całe regały w wałeczkach, pędzlach, pędzelkach. Kompletnie nie rozumiałam po co, wystarczy w końcu jeden duży, jeden mały i adios. Okazało się, że jednak nie. R. stał i wybierał, porównywał ceny, włosie czego kompletnie zrozumieć nie mogłam, już chciałam poganiać, okazywać moje zniecierpliwienie, komentować, jakim bezsensownym zajęciem jest wybór wałka, taśmy czy jakiejś foli i przypomniałam sobie siebie sprzed 6 lat, że to samo było, że te nerwy w sumie po co. Odpuściłam, poczekałam spokojnie, aż R. wybierze te wszystkie akcesoria, cieszył się z nich prawie jak ja przy wyborze dywaniku czy obrazka na ścianę:) Cóż trzeba czasem odpuścić i pozwolić drugiej osobie na jego wyboru, nawet jeżeli kompletnie nie rozumiemy jego rozterek…

Tak więc oczekując na koniec bajzlu, pokazuje kilka fotek z krótkiego wypadu do Gniewu, oszczędzę Wam widoku naszego  burdeliku, ale spokojnie, metamorfoza pokoju Hanki soon on blog:)

_DSC2902 _DSC2903 _DSC2905 _DSC2907 _DSC2908 _DSC2910 _DSC2913 _DSC2921 _DSC2924 _DSC2926 _DSC2934 _DSC2935 _DSC2941 _DSC2944

Jestem dobrą matką

Zbliża się dzień matki, święto nie tylko mojej mamy ale także, od prawie 4 lat i moje, przy którym od 4 lat zastanawiam się, jaką matką jestem i często dochodzę do wniosku, że oprócz wyrzutów sumienia, ciągłej gonitwy, jestem matką, która musi sobie czasem powiedzieć, że jej dziecko jest takie dobre, wspaniałe, inteligentne, dzięki mojemu zaangażowaniu, no dzięki mnie generalnie. Tak schlebiać sobie samej czasem muszę. Jak Handzinka nie choruje od kilku tygodni, co jest ogromnym sukcesem, myślę sobie czasem, że to dzięki mnie, bo na dworze jest sporo, bo dietę dobrą jej prowadzę, bo hartuję ją. Jak zaczęła szybko mówić, to nie ukrywam, że też pojawiła się myśl, że to dzięki temu, że tak wiele do niej mówiłam i tłumaczyłam. Jak powie jakieś nowe, słowo, to wtedy sobie lubię pomyśleć, że ta elokwencja to dlatego, że codziennie czytamy i sami jacyś tacy mądrzy jesteśmy. Nie wspomnę już o rozpierającej dumie, gdy Hanka wcina sushi i prosi o więcej, toć to nic innego, jak tylko odwaga poznawania nowych smaków, świata generalnie, jaką wyssała z mego mleka! Przykładów mogłabym mnożyć. Przy codziennych wyrzutach sumienia, sukcesy naszego dziecka działają, jak plaster na skołatane nerwami serce, są potwierdzeniem, że wcale nie jestem najgorsza, że to co robię przynosi efekty, że codziennie mogę widzieć ogromny postęp i cieszę się, że to także moja zasługa. Nie chodzi mi o przechwałki, co to Hanka potrafi zrobić, bo wtopy zdarzają się codziennie, ostatnio pytała co robimy w piątek, a za chwilę: „mamo, a w szóstek co będziemy robić?”:) Przykładów mogę mnożyć, ale za chwilę słyszę jej zachwyt nad „bursztynowym słońcem” czy „kryształami zamiast kropli deszczu”, o jaram się tym straszliwie! Tak więc przyznaję publicznie, że macierzyństwo pomimo chwil zwątpienia, nerwów, wyrzutów, ma też te dobre strony, które pozwalają nam, matką widzieć siebie w lepszym świetle i nieważne, że wiele ze wspomnianych rzeczy wcale zasługą moją nie są, albo tylko w minimalnym stopniu, to lubię sobie czasem tak pomyśleć, ot, taka terapia:)

_DSC2664 _DSC2679 _DSC2682 _DSC2697 _DSC2714 _DSC2734 _DSC2751 _DSC2774 _DSC2786 _DSC2791 _DSC2796

Wiosna w sercu

Witam po przerwie, tej zimowej, tak naprawdę, która skradła mi chęć pisania. Późne powroty do domu, ogólne przemęczenie skutecznie mnie odciągnęły od bloga. Tak więc kolejny powrót zapowiadam, tym razem z nową energią, bo słońce, zieleń na dworze, tulipany w wazonie napędzają, jak nic! Ponad miesiąc nas nie było, w tym czasie zapadła ostateczna decyzja o zamianie pokoi – my bierzemy pokój Handzinki, Handzinka naszą sypialnię. Prezentując Wam pokój Hanulki, już wtedy mi się to marzyło. Zmiana ta to wypadkowa koniecznosci odświeżenia naszych ścian oraz po prostu chęci zmiany, tak więc zrobimy sobie niedługo przeprowadzkę, która tym samym, mam nadzieję, zachęci Hankę do pozostania całą noc w swoim łóżku, tak… nadal śpi z nami (pamiętacie wpis o obcym w łóżku?), a my wkurzamy się niesamowicie. Codziennie rano zapowiadając sobie, że to ostatni raz, a potem w nocy poddaję się, gdy słyszę zaspaną Hankę stojącą nade mną mówiącą z radością „Mamusiu, już jestem”, no i co mam jej odpowiedzieć? „Haniu, nie czekałam wcale na Ciebie?”, poddaję się no, bo w nocy, uwielbiam spać, bo rano muszę wstać i ostatnie na co mam ochotę o 2 nad ranem to przekonywanie Hanki do powrotu do siebie, co oczywiście jest okraszone wielkim płaczem, generalnym rozbudzeniem i użeraniem się nie wiadomo, jak długo. Mówcie na mnie jak chcecie, przyznaję się bez bicia, w tej kwestii jestem leniwa. Choć niesprawiedliwa jestem trochę dla siebie, bo nie chcąc zapeszać, odsyłamy kilka ostatnich nocy do siebie, dostaje Fafika pod pachę i adios. Na razie trwa to aż 4 noce i działa, więc nie zapeszam, jednak jak okaże się to aż tak proste, to chyba sobie w lustro nie spojrzę.

Poza tym, Hanka już prawie 3 tygodnie chodzi do przedszkola i kataru na razie nie widać, tak więc bojąc się zapeszać, cieszę się po cichu, choć chętnie bym butelkę z szampanem otwierała z tej okazji:) Wczesniej miała katar z kaszlem przez prawie 4 tygodnie, w sumie zaczęłam się nawet do niego przyzwyczajać, ot, wydawało się nawet normalne…

Tak więc choroby mam nadzieję pożegnane, na widoku remoncik pod koniec maja, wiosna na dworzu i w sercu, spisane tematy na bloga, no sukces musi być!

_DSC2399 _DSC2410 _DSC2414 _DSC2419 _DSC2423 _DSC2429 _DSC2434 _DSC2438 _DSC2440 _DSC2441 _DSC2445 _DSC2448 _DSC2449 _DSC2451 _DSC2453 _DSC2456 _DSC2464 _DSC2473

Sernik na swoim

Do swiąt pozostał tydzień, więc w wielu domach ustalane jest wielkanocne menu, na bank nie zabraknie serników, więc polecam Wam dzis taki który bez wahania nazwę 8 cudem swiata. Pyszny, puszysty, waniliowy z malinowym musem…. jednym słowem mam slinotok na wspomnienie o nim. Ale od początku, ten sernik ma swoją historię! Przede wszystkim nie ja go upiekłam (choć nie powiem, chciałam przez moment przypisać sobie zrobienie takiego cuda), a moja zdolna koleżanka Marta. I ten sernik, to nie jest takie tam sobie ciasto, jest on marzeniem, planem na przyszłosć, to mysli o własnym interesie, o robieniu tego co się lubi na co dzień. Lubię moją pracę, ale optymalizacje, budżety, raporty i mierzenie wskaźników wszystkiego, może trochę męczyć, szczególnie patrząc na działkę, jaką się zajmuję… No ale nie o tym. Marta chciałaby mieć kawiarenkę, kocha parzyć kawę i robi takie pyszne serniki i nie tylko, więc jestem pewna, że gdyby się kiedys zdecydowała, to jej biznes byłby wielkim sukcesem. Ja również mam w głowie pomysł na własną firmę, wszystko policzone, sprawdzone, tylko… kasy na to brak i może… odwagi? Bo dla chcącego niby nic trudnego powiadają… U siebie, z jednej strony jest się sterem i okrętem, ale to z wszystkimi konsekwencjami; w pracy mamy jakis zakres obowiązków, a w przypadki swojego biznesu robisz wszystko, na etacie masz urlop, masz chorobowe, kasę na koncie co miesiąc, możesz też sobie na wszystko ponarzekać i krytykować, bo nie Twoje…a tak, pretensje do siebie. Mój tata od zawsze miał swoją firmę i jak powiada, nie wyobraża sobie życia na etacie, ceni sobie wolnosć pracy dla siebie, tylko ta wolnosć czasem trochę pozorna… Suma sumarum łatwo nie jest, ale myslę,że gdy wszystko jest przemyslane, obliczone, sprawdzone, to tez są duże szanse na powodzenie, na pracowanie dla siebie, na wyzwania każdego dnia stawiane przez siebie. Podziwiam wszystkie babki, które ze swoich pasji uczyniły sposób na życie. Może tez kiedys się odważę i będę pracować na swój rachunek? Tymczasem, nie żartuję, wpiszcie ten sernik na listę ciast swiątecznych, przepis znajdziecie na moje.wypieki.pl http://www.mojewypieki.com/przepis/sernik-z-musem-malinowym , a moja kumpeka może też kiedys zrobi ten sernik na swoim?

_DSC2229 _DSC2238 _DSC2239 _DSC2254 _DSC2259 _DSC2261 _DSC2264
_DSC2267 _DSC2268 _DSC2269 _DSC2271 _DSC2277 _DSC2283 _DSC2288

Przepis żywcem z mojewypieki.pl:

Składniki na spód:

  • 160 g ciastek zbożowych, pełnoziarnistych lub owsianych
  • 30 g masła, roztopionego

Ciastka i masło wrzucić do malaksera i zmiksować do otrzymania masy ciasteczkowej o konsystencji mokrego piasku.

Tortownicę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia, samo dno. Na papier wysypać ciasteczka. Wyrównać, dokładnie wklepać w dno formy. Podpiec w temperaturze 175 stopni C przez około 12 minut lub do zarumienienia. Wyjąć, lekko przestudzić przez czas przygotowania masy serowej.

Składniki na masę serową:

  • 500 g twarogu tłustego lub półtłustego, zmielonego przynajmniej dwukrotnie
  • 250 ml śmietany kremówki 36%
  • 3 duże jajka
  • 3/4 szklanki drobnego cukru do wypieków
  • 1 łyżeczka pasty z wanilii lub 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 3 łyżki mąki pszennej

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.

W misie miksera umieścić wszystkie składniki. Zmiksować do połączenia lub wymieszać rózgą kuchenną; nie miksować zbyt długo, by niepotrzebnie nie napowietrzać masy serowej – napowietrzony sernik mocno urośnie, a potem opadnie. Nie chcemy tego; sernik po upieczeniu powinien być równy jak stół.

Masę serową przelać na ciasteczkowy spód i piec w temperaturze 150ºC przez około 45 minut. Cała powierzchnia sernika powinna być wypieczona i ścięta przy dotyku patyczkiem. W razie konieczności lekko wydłużyć czas pieczenia. Wyjąć z piekarnika, wystudzić.

Mus malinowy:

  • 300 ml śmietany kremówki 30% lub 36%, schłodzonej
  • 500 g malin (świeżych lub mrożonych)
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g cukru
  • 14 g żelatyny w proszku (3,5 łyżeczki) lub 3,5 listki żelatyny

Maliny (mrożonych nie rozmrażamy wcześniej), sok z cytryny i cukier umieścić w garnuszku. Podgrzać i zagotować do rozpuszczenia się cukru, zdjąć z palnika. Przetrzeć przez sitko, wyrzucić nasionka – nie będą potrzebne.

Żelatynę zalać wodą tylko do jej przykrycia, odstawić na 10 minut do napęcznienia. Postawić na palniku i podgrzewać, mieszając, do całkowitego rozpuszczenia się żelatyny lub podgrzać w mikrofali. Nie doprowadzać do wrzenia (żelatyna straci swoje właściwości żelujące). Zdjąć z palnika, dodać do ciepłego malinowego puree, dokładnie wymieszać, przestudzić, ale nie można dopuścić do stężenia.

W misie miksera umieścić schłodzoną śmietanę kremówkę i ubić. Dodać puree z malin. Delikatne lecz dokładnie wymieszać. Warstwę musu malinowego wylać na schłodzoną masę serową. Odstawić do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. Przed podaniem ozdobić malinami, pokruszonymi bezami i listkami mięty.

Nasz sernik na górnej warstwie ma jeszcze dodatkowo glazurę z musu malinowego i żelatyny:)

Smacznego!

Miało być… i było cudnie!

Miało być o przygotowaniach do wyjazdu z dzieckiem na ferie w góry, o nartach miało być. Miało być o urodzinach bloga, o roku spędzonym na pisaniu, o robieniu fotek miało być. Miało być też o cieście, o ultra słodkiej tarcie z masłem orzechowym miało być. No ale nie było nic. Wiem, prawie miesiąc posuchy, ale chyba trochę potrzebny mi był. Kocioł w pracy, choroba, wizja urlopu, do którego nie jestem kompletnie przygotowana, a potem sam wyjazd oraz powrót po przerwie do pracy, skutecznie oderwały mnie od bloga.

No ale przejdźmy do tego, o czym miał być dzisiejszy wpis, do naszego wyjazdu w góry! Pojechaliśmy całą rodziną i to w dosłownym sensie: z rodzicami, teściami, rodzeństwem z rodzinami, w sumie banda 15 osób. Przerażało mnie to trochę, no bo jak to na ferie nie dość, że z rodzicami, to jeszcze teście? No i wiecie, tydzień z rodzinką, może fajnie na zdjęciach wyglądać, ale nie w realu… Ale było super! I pisze to bez grama lukru, bo po prostu spędziliśmy wszyscy pierwszy raz tyle czasu razem i było miło. Mama i teściowa to doskonały wynalazek, jak chcesz pojeździć na nartach! A na nartach nawet Handzinka jeździła, choć trudno to było jeżdżeniem nazwać… mimo to widok jej w kasku, tych małych nartkach rozczulił mnie na maksa! Miło było cholera, śniadania podane, kawka później, wyjazd na stok, herbatka, czekoladka, obiad znów podany, no lubię takie wyjazdy, te wyjazdowe dylematy, problemy ludzi pierwszego świata: czy idziemy do karczmy na wino już teraz czy może za pół godziny. Pisałam już kiedyś o tym, że muszę raz na jakiś czas się oderwać, zapomnieć o robocie, zakupach, sprzątaniu, gotowaniu… Myslę, że abym trwała w dobrym zdrowiu psychicznym, takie wyjazdy powinny być minimum raz na kwartał, tak, że gdy emocje z jednego wyjazdu wygasają, mysleć już o kolejnym, no ale tyle tytułem marzeń.

Tydzień minął nam tak szybko, że zanim się obejrzeliśmy, trzeba było pakować walizki…teraz póki do kolejnych wojaży jeszcze daleko nie zostało nic, jak tylko czekać na wiosnę!_DSC1830 _DSC1835 _DSC1838 _DSC1840 _DSC1863
_DSC1890 _DSC1901 _DSC1920 _DSC1931 _DSC1934
_DSC1948 _DSC1951 _DSC1953 _DSC1957 _DSC1961
_DSC1984
_DSC1995 _DSC1997 _DSC2007 _DSC2013 _DSC2020 _DSC2024 _DSC2027 _DSC2028 _DSC2071 _DSC2078

Zdrówka życzę

Żyję, co prawda marnie, ale żyję. Równo tydzień temu choroba mnie rozwaliła, pokonała, otumaniła. Miejscem mojego bytowania było tylko łóżko, a wśród rekwizytów obowiązkowych termometr, apap, chusteczki i… telefon… a raczej internet. 40stopni gorączki nie przeszkodziło mi, by być na bieżąco na fejsie i instagramie, toć palcem ruszać jeszcze mogłam… Ale na poważnie, dawno mnie tak choróbsko nie powaliło, dopiero dochodzę do siebie, chyba nawet nie byłam świadoma, że choroba może mieć, aż taką moc. I pierwszy raz, odkąd Handzinka się urodziła, było mi wszystko obojętne, nie interesował mnie kurz na szafce pod telewizorem, zlew pełen garów, paprochy na dywanie, nie interesowały mnie zapachy, jakie moje ciało wydawało przy ciągłym wypacaniu gorączki, to że Hania jadła, nie jadła… przez kilka dni żyłam w zawieszeniu pomiędzy kolejnym drzemkami. No i rozczulili mnie Ci moi staruszkowie, gotowi rzucić wszystko, żeby podjechać do sklepu czy coś załatwić; mamunia, co rosołek ugotować przyjechała, tata, który jak R. zostawał w pracy odbierał Handzinkę,  te ich telefony codziennie z rana, jak się czuję i czy może już lepiej, czasami podwójne, jakby każde ode mnie osobiście chciało usłyszeć… Rodzicem jest się nie tylko dla kilkuletnich dzieci ale i tych kilkudziesięcioletnich… Uczucie trwogi nie mija nigdy. Bo wysoka gorączka, tak samo martwi i jak dziecko jest malutkie, i trochę starsze. Dociera do mnie to codziennie, że do końca życia będę się martwić, to naprawdę straszna perspektywa! Że za kilkadziesiąt lat też pewnie będę jechała rosół gotować, pomagać, też po to, by być bliżej, tak na wszelki wypadek.

Ze zdrowiem Handzinki przeżyliśmy swoje… mając 8 miesięcy dostała sepsy w związku z zakażeniem układu moczowego, 2 tygodnie prawie w szpitalu, wyszliśmy i za chwilę powrót na kolejne 2… urodziła się z poważną wadą nerki, która oznaczała ciągłe zakażenia układu moczowego… to był prawdziwy horror, po dwóch pobytach w szpitalu, błagaliśmy lekarzy, aby przyspieszyli operację, której tak bardzo nie chcieliśmy na początku, gdy jeszcze łudziliśmy się, że wszystko się naprawi, ale widok krwi w pieluszce do końca życia będę miała przed oczami… Potem operacja, podczas której usunięto prawie całą nerkę… 4 godziny, podczas których lekarze zabrali moją małą Handzinkę, która roczku nie miała i musiałam wierzyć, że wiedzą, co robią, że wróci cała, zdrowa, że dalej będzie moja… a potem jeszcze noc, noc podczas której nie mogłam z nią być, bo musiała leżeć na sali pooperacyjnej. Pół nocy kucałam pod drzwiami do sali, bo tak mogłam tylko widzieć łóżko na którym leżała. Jak ja sobie wyrzucałam wtedy, że w ciąży, gdy pytano mnie czy wolałabym chłopca czy dziewczynkę, zamiast „chciałabym, aby było zdrowe”, mówiłam „dziewczynkę”, bo do głowy mi nie przyszło, że takie komplikacje na nas czekają… Mogłabym się użalać nad naszym losem, biadolić, dlaczego nas to spotkało, codziennie biczować się, że może to moja wina, ale tego nie robię, bo wiem, że inni rodzice przeżywają gorsze traumy, że są choroby, na które nie ma lekarstw, albo środków na leczenie. Codziennie na fejsie czy instagramie są nowe prośby o pomoc, bo każdy rodzic, dla swojego dziecka zrobi wszystko, gdy jest walka o zdrowie, o życie, nie ma dumy… Po przejściach z Hanią, a kolejne czekały rok później, gdy znowu nas dwa pobyty w szpitalach spotkały, bo nie mogła wyjść z zapalenia płuc, jestem matką przewrażliwioną… Gorączka powyżej 39 stopni wprowadza mnie w popłoch, silniejszy kaszel w nocy, doprowadza do rozpaczy, jeszcze niedawno zwykłe przeziębienie wprowadzało mnie w tryb: „uwaga, mogą być z tego większe problemy”. Hanka choruje, jak każde dziecko w jej  wieku chodzące do przedszkola i z każdym kolejnym przeziębieniem czuję, że trochę odpuszczam sobie z przechodzeniem do trybu alarmowego. Dobrze jednak wiem, że za kilkanaście lat te uczucia nie miną, będę mi już towarzyszyć do końca mych dni, tak jak każdemu rodzicowi, któremu zdrowie dziecka jest najważniejsze. Kończę ten przydługawy post z życzeniami zdrowia dla Wszystkich i przesłaniem, by je szanować, bo bez niego, nie ma nic!

_DSC1700 _DSC1703 _DSC1705 _DSC1712 _DSC1713 _DSC1714 _DSC1715 _DSC1716 _DSC1723

Na luzie ćwiczymy buzię

Wiadomo, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem, jednak czym bysmy byli w dzisiejszym wiecie, gdybysmy nie mogli się komunikować? Hania dosć wczesnie zaczęła mówić, długo przed drugimi urodzinami była z nią pełna komunikacja, co nie będę ukrywać, napawało dumą. Nie zgrywajcie się, też się jaracie, jak Wasze dziecko szybko opanuje jakąs umiejętnosć. Hanka gada teraz jak najęta, nie raz mówimy, że mamy w domu małą Hankę Bielicką, ale nie mówi „r”, „s” i „sz” też czasami jej się zlewają. Bylismy nawet u logopedy, ale dostałam tylko informacje, że nie mam co panikować, że jeszcze za mała, że jeszcze zdąży. Zostałysmy z zestawem ćwiczeń, które można ewentualnie wykonywać z dzieckiem. Hanka jednak niespecjalnie garnęła się do pustego powtarzania głosek. Może panikuję, z tą wymową i zapewne „r” się u Hanki w końcu pojawi, ale nie chciałabym czegos zaniedbać, dlatego ostatnio dużo ćwiczymy buzię i język, aby wzmocnić jej aparat mowy, a nóż widelec zechce być dziennikarzem czy aktorką? To co robimy jest naprawdę proste i całkiem przyjemne, i dla mnie i dla Hani, o ile ma się sprawdzoną pomoc. Dlatego chciałabym Wam dzis polecić dwie książeczki: „Z muchą na luzie ćwiczymy buzię” oraz „Wierszyki ćwiczące języki”. Obie w ciekawy i zabawny sposób ćwiczą aparat mowy!

Pierwsza pozycja to „Z muchą na luzie ćwiczymy buzię”,której bohaterką jest Fefe – mała mucha, którą spotyka mnóstwo przygód; gasi pożary, biega w maratonach, zjada desery i spiewa, a dziecko ma wykonywać stawiane przez nią zadania; powtarzać „oooooo”, „aaaaa”; ” i – o – i – o” , mlaskać, parskać i oblizywać się. Wszystkie te, tak proste zadania ćwiczą język, wargi, policzki; nasz maluch nawet nie zorientuje się, ile ważnych dla swojej mowy ćwiczeń wykonał! Hanka książeczką jest absolutnie zachwycona, historyjki tak jej się podobają, że sama się upomina, aby jeszcze raz przeczytać, chętnie powtarza każde zadanie z prawdziwym zaangażowaniem. Książka jest ładnie wydana, w srodku czeka mnóstwo interesujących ilustracji.

Inna pozycją, pożyczoną akurat od koleżanki, jest książeczka „Wierszyki ćwiczące języki”; to zbiór zabawnych wierszyków łamiących język. Ale spokojnie, rymowanki dostosowane są do wieku dziecka, tak by nie zniechęcać młodszych trudnymi literami, daje nam także, rodzicom, wiedzę czego powinnismy wymagać od naszych milusińskich. Stąd też wiem, że z Hankowym „r” nie mam co jeszcze się spieszyć, ale nic nie zaszkodzi, by przy okazji czytania bajek móc trochę pogimnastykować buzię!

_DSC1466_DSC1489_DSC1532_DSC1521_DSC1534_DSC1561

_DSC1619_DSC1554_DSC1567

_DSC1615_DSC1579_DSC1590_DSC1582_DSC1620_DSC1621_DSC1622_DSC1622_DSC1624_DSC1626_DSC1596_DSC1599